Wiedza i Życie 11/2017
W numerze m.in.:

Sztuczna inteligencja
Doktor komputer; Marek Matacz  

Społeczeństwo 
Drogi kwiatowy biznes; Kamil Nadolski  

Zoologia
Węże; Jakub Zimoch  

Astronomia
Kosmiczne archiwum X; Przemek Berg  

Medycyna 
Fabryki narządów; Katarzyna Kornicka
Pełny spis treści

Obalamy mity medyczne

Słowo od redakcji

Chichot zza wielkiej wody
Muzykalni psychopaci; Krzysztof Szymborski

Inne spojrzenie
Muchomory, bębny i duchy; Agnieszka Krzemińska

Sygnały

Temat miesiąca

Sztuczna inteligencja
Doktor komputer; Marek Matacz

Społeczeństwo 
Drogi kwiatowy biznes; Kamil Nadolski

Pogoda
Jak pokonać huragan?; Andrzej Hołdys

Zoologia
Węże; Jakub Zimoch

Technika
Metalowi słudzy; Mirosław Dworniczak

Biochemia
Kiedy cząsteczka staje się maszyną; Justyna Jońca

Astronomia
Kosmiczne archiwum X; Przemek Berg

Medycyna 
Fabryki narządów; Katarzyna Kornicka

Fizjologia
Buntując się przeciw śmierci; Paweł Franczak

Fizyka
Gdy materia puchnie; Mirosław Dworniczak

Na końcu języka
Piękna róża; Jerzy Bralczyk

Uczeni w anegdocie
Nocny logik; Andrzej Kajetan Wróblewski

Nowinki techniczne

Recenzje

Laboratorium
Zobaczyć niewidzialne; Paweł Jedynak, Renata Szymańska

Głowa do góry
Lew sypie iskrami; Weronika Śliwa

Listy czytelników
 

Aktualne numery
11/2017
10/2017
Kalendarium
Listopad
18
W 1934 r. amerykański lotnik Richard Byrd odkrył wulkan Mount Sidley na Antarktydzie.
Warto przeczytać
Grafika komputerowa zazwyczaj kojarzy się z wyretuszowanymi zdjęciami modeli i modelek. W rzeczywistości daje nam o wiele większe możliwości.
Piksele, wektory i inne stwory to wprowadzenie do grafiki komputerowej dla dzieci i nie tylko.

WSPÓŁPRACUJEMY
Logowanie

Nazwa użytkownika

Hasło

Autor: Magdalena Gawin | dodano: 2012-06-13
Ornament i zbrodnia

Osiedla z wielkiej płyty, budowane na masową skalę w PRL-u , nie były wymysłem komunistów. O takich projektach marzyło pokolenie inteligencji polskiej dorastające na przełomie XIX i XX wieku w cieniu "mieszczańskich tortów", czyli wysokich czynszowych kamienic.

Jeden z najpopularniejszych seriali epoki PRL-u, "Czterdziestolatek", pokazywał perypetie inteligenckiej rodziny warszawskiej. Tytułowy bohater, sympatyczny inżynier Stefan Karwowski, który budował Trasę Łazienkowską, a potem Dworzec Centralny, mieszkał z żoną i dwójką dzieci w wysokim bloku z wielkiej płyty. Meblościanka w dużym pokoju, telewizor i mały fiat były wtedy oznakami życiowego sukcesu. Ale nie tylko. Masywne minimalistyczne bryły bloków mieszkalnych symbolizowały zdobycz XX wieku - nowoczesne miasto, funkcjonalnie zaplanowane, czyste, oferujące anonimowość i komfort psychiczny. W latach 80. takie myślenie się skończyło. Betonowe osiedla-widma z "Dekalogu" Krzysztofa Kieślowskiego wzmagały wyobcowanie i poczucie beznadziei głównych bohaterów. Dekadę później, już po upadku komunizmu, zaczęto powszechnie opisywać duże osiedla jako wielkomiejską zmorę. Brzydkie, niefunkcjonalne, niebezpieczne. Swoją moc traciły XX-wieczne słowa-zaklęcia: STANDARYZACJA, RACJONALIZACJA, POSTĘP. Społeczeństwo zapragnęło powrotu do indywidualizmu i mieszczańskości.

Nowoczesność ze służącą w tle

Aby zrozumieć fascynację modernistyczną architekturą artystów z lat międzywojennych, należy cofnąć się do początku XX wieku. Wtedy właśnie rozpoczął się dla Warszawy i jej mieszkańców nowy rozdział historii. Z miasta prowincjonalnego Warszawa przeistoczyła się w nowoczesną metropolię. Pod względem tempa przyrostu infrastruktury i liczby mieszkańców znalazła się w europejskiej czołówce. W latach 60. XIX wieku miasto liczyło niecałe 300 tys. mieszkańców, w przededniu I wojny światowej prawie milion. (...)

Systemu spółdzielni wówczas nie znano, na własność kupowało się całe kamienice. Ich posiadaczami byli radcy prawni, adwokaci, wzięci lekarze i dziennikarze, właściciele fabryk, zamożni kupcy. Inteligencja twórcza z reguły wynajmowała mieszkania. Dolna inteligencka norma to odnajmowanie trzyizbowego mieszkania z kuchnią, co dawało około 100 m2. Dwuizbowe mieszkania były traktowane, nawet przez niezamożną inteligencję, jako zbyt małe i czym prędzej zamieniano je na większe. W mieszkaniach przeważał układ amfiladowy. Nie było rozdzielającego pokoje korytarza, z jednego pokoju przechodziło się do następnego i dalej. WC często znajdowało się niedaleko sypialni; łazienki na początku XX wieku to w Warszawie absolutna rzadkość. W przypadku mieszkania trzypokojowego, najładniejszy, słoneczny pokój przeznaczano na salonik, dalej była jadalnia, od strony podwórka czy, jak mawiano, studni - sypialnia rodziców. Dzieci przebywały wszędzie i nigdzie, sypiały na kanapce w sypialni rodziców, na sofie w saloniku, na dostawianym łóżku w jadalni. Pokoje dziecięce aż do I wojny światowej istniały tylko w ambitnych projektach higienistów. Brak dziecięcych pokoi martwił lekarzy, ale prawdziwym utrapieniem były kuchnie. Duże kuchnie ze służbówką dla służącej, spiżarnią, kuchnią węglową, kredensem, stołem.

Kampania na rzecz wyrzucenia służącej z kuchni trwała dziesiątki lat i nie odniosła żadnego skutku. Jeszcze w 1913 roku Maria Ochowicz-Monatowa pisała z rezygnacją, że "po dziś dzień przeciętna kuchnia u nas to sypialnia i szatnia dla służących". Nie wiadomo zresztą, czy sami higieniści stosowali się do głoszonych publicznie zasad. O miejscu służącej w gospodarstwie domowym przed I wojną światową dowiadujemy się m.in. od publicystki "Wiadomości Literackich": "Mieliśmy służącą, zjawisko niemal powszechne w jako tako mających się rodzinach. Wszyscy w naszej kamienicy mieli służące i z myślą o nich budowano tak zwane schody kuchenne. Można było być demokratą, socjalistą, komunistą, ale pęta dawnych obyczajów były tak silne, że niepodobna było sobie wyobrazić, aby służąca chodziła innymi schodami niż kuchenne, aby nie całowała pani w rękę albo pozwalała sobie usiąść w jej obecności".

Poza sypialnią, której nie pokazywano gościom, i kuchnią, gdzie niepodzielnie rządziła służba, pokoje miały być reprezentacyjne. Meblowano je ciężkimi, rzeźbionymi meblami, nierzadko sprowadzanymi z ziemiańskich dworków. Dominowały masywne kredensy, ciężkie kanapy i sofy, tapicerowane krzesła, grube dywany, pluszowe story z frędzlami, które zasłaniały i tak wąskie okna. W mieszkaniach panował więc półmrok. Położenie i cała sceneria mieszkania symbolizowały pozycję społeczną, wykształcenie i aspiracje gospodarzy. Strych i sutereny, lodowate zimą, duszne w lecie, należały do miejskiej biedoty, pierwsze i drugie piętro - do najlepiej uposażonych mieszkańców.

Światło i zieleń

Dopiero w latach międzywojennych w warunkach niepodległego państwa polskiego pojawił się element planowania zarówno przestrzeni miejskiej, jak i wnętrz mieszkalnych.
Był to rzadki moment w historii, kiedy o nowym osiedlu mieszkaniowym żywo debatowali architekt i higienista. Warszawska Spółdzielnia Mieszkaniowa (WSM), która powstała w 1921 roku, wyłoniła się z Warszawskiego Towarzystwa Higienicznego i Warszawskiego Towarzystwa Dobroczynności. Skupiała postępową lewicę, od kooperatystów, socjalistów, społeczników do komunistów. Tomasz Janiszewski, minister i wiceminister zdrowia, eugenik, profesor Uniwersytetu Jagiellońskiego, i Józef Polak, higienista, wieloletni redaktor warszawskiego czasopisma "Zdrowie", prezes Warszawskiego Towarzystwa Higienicznego, napisali wskazania dla architektów odbudowujących miasta.

Po pierwsze: urbanistyka i planowanie, koniec z chaosem, zabudowa strefowa, oddzielenie budownictwa przemysłowego od mieszkalnego. Po drugie: tylko niskie, trzy-, najwyżej czterokondygnacyjne budynki mieszkalne gwarantujące dobrą cyrkulację powietrza, bez suteren i poddaszy. Po trzecie: duże jasne okna, bieżąca woda i WC. Po czwarte: zielone otwarte podwórka, przyjęcie koncepcji miasta-ogrodu. (...) Inteligenci, którzy tworzyli WSM, pozostawali pod wpływem francuskiej i niemieckiej awangardy, zachwycali się projektami Waltera Gropiusa, Ludwiga Miesa van der Rohe, a przede wszystkim - Charles'a Édouarda Jeannereta, znanego jako Le Corbusier. (...)

Minimalizm, funkcjonalność, bezosobowość, uniformizacja przyświecały idei nowego stylu mieszkania. Cóż z tego, jeśli nie wszyscy chcieli się do tego przystosować. Robotnicy gustowali w politurowanych meblach, solidnych łóżkach i stołach z powyginanymi nogami. Ascetyczne wyroby spółdzielni ŁAD wydawały się po prostu biedne. Kiedy wprowadzali się do (częściowo umeblowanych) WSM-owskich mieszkań, natychmiast psuli misterną konstrukcję estetyczną i urządzali mieszkanie tak, jak im dyktowało serce. "Przeciętne, drobnomieszczańskie, w złym stylu i smaku" - oceniał ich wysiłki publicysta "Życia WSM". Rzecznicy awangardy dostawali dreszczy na widok tapet w kwiatowe desenie i sof w stylu empire. (...)

Życie w modernistycznych osiedlach z lat 20 i 30. rzeczywiście wyglądało bardzo nowocześnie. Część postulatów pozostała na papierze, jak kartoteki, harmonogramy i naukowe sprzątanie, ale część zrealizowano. Na WSM-owskim Żoliborzu i Rakowcu w latach 30. działały instytucje oświatowe i opiekuńcze, poradnie wychowawcze, czytelnie, kluby hobbystyczne, literackie i artystyczne. Inteligenci organizowali wieczory poezji proletariackiej, wernisaże malarskie, kursy języka esperanto, prelekcje z zakresu socjologii i historii. Wspólnym celem tych instytucji była integracja mieszkańców WSM bez względu na pozycję społeczną. Pod wieloma względami eksperyment się powiódł. Żoliborz stał się postępowy, inteligencki, demokratyczny. To nowe życie wyczarowali architekci.

Kraj socjalistyczny rządzony planowo

W zasadzie powinno wydarzyć się inaczej. W zasadzie komunizm i centralne planowanie powinny dla polskich modernistów okazać się twórczym rajem. Ale nim nie były. Akces modernistów do komunizmu nie wynikał z głębokiej refleksji filozoficznej i inspiracji dziełami późnego Marksa. Wynikał z pogardy, w najlepszym razie głębokiej niechęci do tradycji przejawiającej się w mieszczańskim stylu życia i wyglądzie miasta. Architekci podzielali deterministyczny pogląd na nieubłagane działanie praw historii, wedle których czynszowe kamienice były takim samym przeżytkiem, jak burżuazja czy ziemiaństwo. Jednak to komunizm z obsesją planowania i centralizmu zniszczył polski modernizm, a potem i samych jego twórców. (...)
Pozostaje pytanie, dlaczego modernistyczny eksperyment z lat międzywojennych się powiódł, a ten z czasów PRL-u okazał się niewypałem?