ziemia
dodano: 2016-07-26
Opuszczone młode

Fot. Darek Karp

 

Czy powinniśmy pomagać zwierzęcym maluchom, które znaleźliśmy gdzieś w terenie bez opieki matki?

 

Darek Karp

 

Wiosną i latem na świecie pojawia się nowe pokolenie zwierząt. Wiele młodych ginie już w pierwszym okresie po porodzie, na co mają wpływ czynniki atmosferyczne i genetyczne. Taka naturalna selekcja w dobrze funkcjonującym biotopie to zupełnie normalna sprawa. Na silniejsze potomstwo czyhają potem inne niebezpieczeństwa – drapieżniki, dla których nowe pokolenie staje się często łatwiejszym łupem niż dorosłe osobniki. Puszcza zamienia się w istną szkołę przetrwania, w której tylko najlepsi dostają promocję do następnej klasy, a co za tym idzie – przepustkę do dalszego życia…

Czasami znajdujemy takie młode, a gdy wydają się nam opuszczone przez swych opiekunów, zabieramy je z lasów czy łąk, nie zdając sobie sprawy, że przez nieznajomość zwierzęcych obyczajów wyrządzamy im krzywdę.

 

Dotyk skazuje na śmierć

 

Zdecydowanie najliczniejszym gatunkiem zwierzyny płowej występującej w naszym kraju są sarny. Tym samym prawdopodobieństwo natknięcia się na ich nowo narodzone potomstwo jest największe. Sarnę można spotkać w różnorakim środowisku właściwie w całym kraju. Na miejsce porodu wybiera spokojny teren, najczęściej gęste, wysokie trawy i zboża (na obszarach polno-łąkowych), turzyce, trzciny lub bujne zarośla (w środowisku leśno-bagiennym). Młode rodzą się w maju i czerwcu. Człowiek, znalazłszy takie malutkie zwierzę wyglądające jak pluszowa zabawka, zachwyca się jego urokiem i niewinnością. Ma ochotę na pogłaskanie malucha. Przy próbie dotknięcia mała sarenka często przeraźliwie piszczy, a w człowieku narasta przeświadczenie, że zwierzę potrzebuje pomocy. Dwunożna istota przez pewien czas rozgląda się, szukając matki owego malucha. A ponieważ nigdzie jej nie widzi, uznaje, że to nowo narodzone stworzenie zostało opuszczone lub osierocone. Człowiek zabiera biedne zwierzę do domu przekonany, że ratuje mu życie… I proszę mi uwierzyć, że nie jest to scenariusz wymyślony przez Szarego Wilka, lecz powtarzające się opowieści o takich znaleziskach, przedstawiane przez różnych ludzi, którzy przynoszą takie maluchy do Ośrodka Rehabilitacji Zwierząt w Biebrzańskim Parku Narodowym.

Z punktu widzenia sarny wygląda to tak: samice tych zwierząt nie zostały obdarzone przez naturę dużą siłą i atrybutami, które pozwalałyby im na bezpośrednią obronę potomstwa przed drapieżnikami. W obliczu niebezpieczeństwa instynktownie więc ratują się ucieczką. Nie można jednak w związku z tym powiedzieć, że są złymi opiekunkami. Ich maluchy doskonale zlewają się z otoczeniem, gdy siedzą w trawach, paprociach czy innych zaroślach. Zaraz po urodzeniu mają rudobrązowe umaszczenie, upstrzone na całej powierzchni białymi plamkami. Utrzymuje się ono przez kilka tygodni, dopóki młode nie nabiorą siły na tyle, aby podobnie jak dorosłe osobniki ratować się przed wrogami ucieczką. Dodatkowo przez pierwsze tygodnie życia maluchy są bardzo dokładnie wylizywane przez matki i nie wydzielają żadnego zapachu, co daje im większą szansę ochrony przed drapieżnikami, kierującymi się podczas polowań m.in. węchem. Dlatego też już samym dotykaniem i głaskaniem takich maluchów wyrządzamy im wielką szkodę, naprowadzając łatwiej drapieżniki na zdobycz. Poza tym zapach człowieka (dla wielu zwierząt będący ostrzeżeniem o zagrożeniu) zostawiony na takim maluchu może spowodować, że matka nie będzie się nim dalej opiekowała.

Innym, nie mniej ważnym zachowaniem matki jest rozdzielenie młodych, jeśli na świat przyjdą dwa (bądź rzadziej trzy) koźlęta. Każde z nich leży ukryte samotnie, czasami w odległości nawet kilkuset metrów od siebie. Daje to większą gwarancję, że w razie ataku drapieżników część rodzeństwa przeżyje. Gdyby miot był razem, cały zostałby zlikwidowany.

Młode sarenki, leżakując, czekają spokojnie na swoją kolej karmienia, często nawet kilka godzin. Ich  matkę nie zawsze widać w pobliżu. Jest zupełnie naturalne, że sama musi intensywnie żerować, by mieć czym nakarmić młode. Jeśli się oddala, nie oznacza to, że maluch został opuszczony. Matka może być w tym momencie np. u innego osobnika z miotu. Zabierając takie maluchy, wyrządza się sarnom ogromną krzywdę – małe pozbawia się matki, a jej funduje wielki stres, gdyż ona również cierpi wskutek utraty dziecka. Czasami też dorosła samica obserwuje z daleka całą tę sytuację i trzęsie się ze strachu o życie potomka.

 

Strzeż się klępy

 

Bardzo podobnie sytuacja wygląda w przypadku jeleni czy danieli, natomiast nieco już inaczej u łosi. Klępa – samica łosia – jest bardzo troskliwą matką. W odróżnieniu od innych gatunków z rodziny jeleniowatych znacznie mniej boi się dużych drapieżników, którym niejednokrotnie śmiało stawia czoło. Jej główną bronią są silne nogi, zwane badylami, zakończone mocnymi racicami. Ponieważ czuje się bezpiecznie w swoim środowisku, nie rozdziela młodych w razie ciąży bliźniaczej. Maluchy trzymają się razem blisko matki. Nowo narodzone leżą w jednym miejscu pod jej baczną opieką. Oczywiście nie oznacza to, że matka nie odchodzi od nich na czas żerowania. I właśnie wtedy można napotkać młode łoszaki lub łoszaka leżącego samotnie, co może sprawiać wrażenie porzucenia. Zapewniam jednak na podstawie swoich długoletnich obserwacji tych zwierząt, że szczególnie w pierwszych dniach po porodzie potomstwo łosia jest pod bardzo dobrym nadzorem. Ostrzegam też, że nie można lekceważyć klępy. Niektóre z nich w obronie młodych są w stanie zaatakować nawet człowieka.

Przed wielu laty przekonałem się o tym osobiście, kiedy któregoś majowego dnia dostrzegłem zza wierzbowych zarośli wystające z wysokich turzyc rude, ruszające się uszy małych łoszaków. Jako niedoświadczony wówczas młody przyrodnik zapragnąłem podejść bliżej, aby zrobić kilka fotografii. Łoszy nie było widać w pobliżu, więc pewny siebie ruszyłem w ich kierunku. Kiedy odległość między nami zmniejszyła się do 20–30 m, nagle z gęstwiny łozinowych krzaków wyłoniła się wielka głowa ich matki. Nigdy nie bałem się zwierząt, więc i wtedy, myśląc, że klępa za chwilę ucieknie, śmiało posunąłem się o kilka kroków. Na ten ruch łosza zaczęła pokazywać swoje niezadowolenie. Zjeżyła sierść i położyła uszy. Jako odważny Indianin zlekceważyłem ten sygnał i nie bacząc na nic, posunąłem się o kolejny krok do przodu. Zdenerwowana klępa nie wytrzymała już tego napięcia. W tej samej chwili z całym impetem ruszyła wprost na mnie. Wystraszyłem się bardzo. W wielkim popłochu salwowałem się ucieczką przed tym ogromnym zwierzęciem. Torbę z aparatami rzuciłem w krzaki, a sam zwiewałem co sił w nogach przed rozjuszonym łosiem. W końcu potknąłem się o kępę turzyc i wywróciłem na plecy prosto w bagienną wodę. W ułamku sekundy pojawiła się ona… Wyglądała jak wielki stwór z czasów dinozaurów… Stała nade mną w rozkroku. Szeroko rozwarte nozdrza fukały wprost na mnie. Dokładnie czułem jej oddech, a najeżona sierść i złość w jej oczach nie wróżyły niczego dobrego. Pomyślałem, że za chwilę zacznie uderzać mnie silnymi nogami… Ale ona stała tak nade mną przez kilka dobrych minut, co mnie i tak wydawało się wiecznością. Bałem się ruszyć, a nawet oddychać, mając tylko nadzieję, że w tej pozycji zwierzę uzna mnie za niegroźnego. W końcu klępa powoli wycofała się i odeszła do łoszaków, co pewien czas oglądając się na mnie. Dokładnie słyszałem bicie własnego serca. Choć ono właściwie nie biło, lecz waliło jak kowalski młot. Poleżałem w tym miejscu jeszcze dobre pół godziny, po czym powolutku wyczołgałem się z niebezpiecznego terenu. Przygoda ta nauczyła mnie, jaką potęgą może być siła rodzicielstwa u niektórych dzikich zwierząt.

 

Serce lochy

 

Innym zwierzęciem mogącym w skrajnych przypadkach zaatakować człowieka jest locha z małymi warchlakami – choć przeważnie ucieka ona od ludzi, fukając z niezadowolenia i nawołując swój przychówek. Można napotkać takie pojedyncze małe pasiaki, jeśli rozproszyły się podczas ucieczki i potem zgubiły. Zapewniam jednak, że jak już zagrożenie minie, locha zacznie szukać swoich dzieci i je nawoływać. Dodatkową przewagą dzików nad innymi zwierzętami żyjącymi w naszych lasach, zwiększającą ich możliwości przetrwania jako gatunku, jest to, że inna locha mająca potomstwo przygarnia i wychowuje ewentualną sierotę bądź sieroty po stracie ich matki, jeżeli spotka takie na swojej drodze.

Młode lisów, borsuków czy jenotów czują się najbezpieczniej, gdy siedzą w swoich norach, a jeszcze lepiej, gdy towarzyszy im matka. Już po kilku tygodniach od narodzin coraz częściej wychodzą na zewnątrz. Ich wielka ciekawość świata sprawia, że pod nieobecność rodziców oddalają się coraz bardziej od swojego schronienia. To właśnie najczęściej wtedy ludzie spotykają te małe sympatyczne futrzaki, zupełnie nie wiedząc, że odcinają im drogę ucieczki do nor. Na widok człowieka maluchy chowają się w trawach lub innych zaroślach, skulone trzęsą się często ze strachu, a ludzie, nie widząc ich matek ani domów, dochodzą do wniosku, że są to biedne sieroty, które należy schwytać, by zapewnić im przetrwanie. Nic bardziej mylnego. Rodzice tych zwierząt, zajęci zdobywaniem pokarmu, nie zawsze są w pobliżu, ale po udanym polowaniu wracają do miejsc, gdzie pozostawili młode, i bardzo sprawnie zwołują je na posiłek.

Więcej w miesięczniku „Wiedza i Życie" nr 08/2016 »
Drukuj »
Ten artykuł nie został jeszcze skomentowany.
Aktualne numery
07/2017
06/2017
Kalendarium
Czerwiec
25
W 1992 r. rozpoczęła się misja STS-50 wahadłowca Columbia.
Warto przeczytać
Medyczne skutki terroryzmu   Zapraszamy do zakupów  http://bit.ly/2oojdxb.    

WSPÓŁPRACUJEMY
Logowanie

Nazwa użytkownika

Hasło

dodano: 2016-07-26
Opuszczone młode

Fot. Darek Karp

 

Czy powinniśmy pomagać zwierzęcym maluchom, które znaleźliśmy gdzieś w terenie bez opieki matki?

 

Darek Karp

 

Wiosną i latem na świecie pojawia się nowe pokolenie zwierząt. Wiele młodych ginie już w pierwszym okresie po porodzie, na co mają wpływ czynniki atmosferyczne i genetyczne. Taka naturalna selekcja w dobrze funkcjonującym biotopie to zupełnie normalna sprawa. Na silniejsze potomstwo czyhają potem inne niebezpieczeństwa – drapieżniki, dla których nowe pokolenie staje się często łatwiejszym łupem niż dorosłe osobniki. Puszcza zamienia się w istną szkołę przetrwania, w której tylko najlepsi dostają promocję do następnej klasy, a co za tym idzie – przepustkę do dalszego życia…

Czasami znajdujemy takie młode, a gdy wydają się nam opuszczone przez swych opiekunów, zabieramy je z lasów czy łąk, nie zdając sobie sprawy, że przez nieznajomość zwierzęcych obyczajów wyrządzamy im krzywdę.

 

Dotyk skazuje na śmierć

 

Zdecydowanie najliczniejszym gatunkiem zwierzyny płowej występującej w naszym kraju są sarny. Tym samym prawdopodobieństwo natknięcia się na ich nowo narodzone potomstwo jest największe. Sarnę można spotkać w różnorakim środowisku właściwie w całym kraju. Na miejsce porodu wybiera spokojny teren, najczęściej gęste, wysokie trawy i zboża (na obszarach polno-łąkowych), turzyce, trzciny lub bujne zarośla (w środowisku leśno-bagiennym). Młode rodzą się w maju i czerwcu. Człowiek, znalazłszy takie malutkie zwierzę wyglądające jak pluszowa zabawka, zachwyca się jego urokiem i niewinnością. Ma ochotę na pogłaskanie malucha. Przy próbie dotknięcia mała sarenka często przeraźliwie piszczy, a w człowieku narasta przeświadczenie, że zwierzę potrzebuje pomocy. Dwunożna istota przez pewien czas rozgląda się, szukając matki owego malucha. A ponieważ nigdzie jej nie widzi, uznaje, że to nowo narodzone stworzenie zostało opuszczone lub osierocone. Człowiek zabiera biedne zwierzę do domu przekonany, że ratuje mu życie… I proszę mi uwierzyć, że nie jest to scenariusz wymyślony przez Szarego Wilka, lecz powtarzające się opowieści o takich znaleziskach, przedstawiane przez różnych ludzi, którzy przynoszą takie maluchy do Ośrodka Rehabilitacji Zwierząt w Biebrzańskim Parku Narodowym.

Z punktu widzenia sarny wygląda to tak: samice tych zwierząt nie zostały obdarzone przez naturę dużą siłą i atrybutami, które pozwalałyby im na bezpośrednią obronę potomstwa przed drapieżnikami. W obliczu niebezpieczeństwa instynktownie więc ratują się ucieczką. Nie można jednak w związku z tym powiedzieć, że są złymi opiekunkami. Ich maluchy doskonale zlewają się z otoczeniem, gdy siedzą w trawach, paprociach czy innych zaroślach. Zaraz po urodzeniu mają rudobrązowe umaszczenie, upstrzone na całej powierzchni białymi plamkami. Utrzymuje się ono przez kilka tygodni, dopóki młode nie nabiorą siły na tyle, aby podobnie jak dorosłe osobniki ratować się przed wrogami ucieczką. Dodatkowo przez pierwsze tygodnie życia maluchy są bardzo dokładnie wylizywane przez matki i nie wydzielają żadnego zapachu, co daje im większą szansę ochrony przed drapieżnikami, kierującymi się podczas polowań m.in. węchem. Dlatego też już samym dotykaniem i głaskaniem takich maluchów wyrządzamy im wielką szkodę, naprowadzając łatwiej drapieżniki na zdobycz. Poza tym zapach człowieka (dla wielu zwierząt będący ostrzeżeniem o zagrożeniu) zostawiony na takim maluchu może spowodować, że matka nie będzie się nim dalej opiekowała.

Innym, nie mniej ważnym zachowaniem matki jest rozdzielenie młodych, jeśli na świat przyjdą dwa (bądź rzadziej trzy) koźlęta. Każde z nich leży ukryte samotnie, czasami w odległości nawet kilkuset metrów od siebie. Daje to większą gwarancję, że w razie ataku drapieżników część rodzeństwa przeżyje. Gdyby miot był razem, cały zostałby zlikwidowany.

Młode sarenki, leżakując, czekają spokojnie na swoją kolej karmienia, często nawet kilka godzin. Ich  matkę nie zawsze widać w pobliżu. Jest zupełnie naturalne, że sama musi intensywnie żerować, by mieć czym nakarmić młode. Jeśli się oddala, nie oznacza to, że maluch został opuszczony. Matka może być w tym momencie np. u innego osobnika z miotu. Zabierając takie maluchy, wyrządza się sarnom ogromną krzywdę – małe pozbawia się matki, a jej funduje wielki stres, gdyż ona również cierpi wskutek utraty dziecka. Czasami też dorosła samica obserwuje z daleka całą tę sytuację i trzęsie się ze strachu o życie potomka.

 

Strzeż się klępy

 

Bardzo podobnie sytuacja wygląda w przypadku jeleni czy danieli, natomiast nieco już inaczej u łosi. Klępa – samica łosia – jest bardzo troskliwą matką. W odróżnieniu od innych gatunków z rodziny jeleniowatych znacznie mniej boi się dużych drapieżników, którym niejednokrotnie śmiało stawia czoło. Jej główną bronią są silne nogi, zwane badylami, zakończone mocnymi racicami. Ponieważ czuje się bezpiecznie w swoim środowisku, nie rozdziela młodych w razie ciąży bliźniaczej. Maluchy trzymają się razem blisko matki. Nowo narodzone leżą w jednym miejscu pod jej baczną opieką. Oczywiście nie oznacza to, że matka nie odchodzi od nich na czas żerowania. I właśnie wtedy można napotkać młode łoszaki lub łoszaka leżącego samotnie, co może sprawiać wrażenie porzucenia. Zapewniam jednak na podstawie swoich długoletnich obserwacji tych zwierząt, że szczególnie w pierwszych dniach po porodzie potomstwo łosia jest pod bardzo dobrym nadzorem. Ostrzegam też, że nie można lekceważyć klępy. Niektóre z nich w obronie młodych są w stanie zaatakować nawet człowieka.

Przed wielu laty przekonałem się o tym osobiście, kiedy któregoś majowego dnia dostrzegłem zza wierzbowych zarośli wystające z wysokich turzyc rude, ruszające się uszy małych łoszaków. Jako niedoświadczony wówczas młody przyrodnik zapragnąłem podejść bliżej, aby zrobić kilka fotografii. Łoszy nie było widać w pobliżu, więc pewny siebie ruszyłem w ich kierunku. Kiedy odległość między nami zmniejszyła się do 20–30 m, nagle z gęstwiny łozinowych krzaków wyłoniła się wielka głowa ich matki. Nigdy nie bałem się zwierząt, więc i wtedy, myśląc, że klępa za chwilę ucieknie, śmiało posunąłem się o kilka kroków. Na ten ruch łosza zaczęła pokazywać swoje niezadowolenie. Zjeżyła sierść i położyła uszy. Jako odważny Indianin zlekceważyłem ten sygnał i nie bacząc na nic, posunąłem się o kolejny krok do przodu. Zdenerwowana klępa nie wytrzymała już tego napięcia. W tej samej chwili z całym impetem ruszyła wprost na mnie. Wystraszyłem się bardzo. W wielkim popłochu salwowałem się ucieczką przed tym ogromnym zwierzęciem. Torbę z aparatami rzuciłem w krzaki, a sam zwiewałem co sił w nogach przed rozjuszonym łosiem. W końcu potknąłem się o kępę turzyc i wywróciłem na plecy prosto w bagienną wodę. W ułamku sekundy pojawiła się ona… Wyglądała jak wielki stwór z czasów dinozaurów… Stała nade mną w rozkroku. Szeroko rozwarte nozdrza fukały wprost na mnie. Dokładnie czułem jej oddech, a najeżona sierść i złość w jej oczach nie wróżyły niczego dobrego. Pomyślałem, że za chwilę zacznie uderzać mnie silnymi nogami… Ale ona stała tak nade mną przez kilka dobrych minut, co mnie i tak wydawało się wiecznością. Bałem się ruszyć, a nawet oddychać, mając tylko nadzieję, że w tej pozycji zwierzę uzna mnie za niegroźnego. W końcu klępa powoli wycofała się i odeszła do łoszaków, co pewien czas oglądając się na mnie. Dokładnie słyszałem bicie własnego serca. Choć ono właściwie nie biło, lecz waliło jak kowalski młot. Poleżałem w tym miejscu jeszcze dobre pół godziny, po czym powolutku wyczołgałem się z niebezpiecznego terenu. Przygoda ta nauczyła mnie, jaką potęgą może być siła rodzicielstwa u niektórych dzikich zwierząt.

 

Serce lochy

 

Innym zwierzęciem mogącym w skrajnych przypadkach zaatakować człowieka jest locha z małymi warchlakami – choć przeważnie ucieka ona od ludzi, fukając z niezadowolenia i nawołując swój przychówek. Można napotkać takie pojedyncze małe pasiaki, jeśli rozproszyły się podczas ucieczki i potem zgubiły. Zapewniam jednak, że jak już zagrożenie minie, locha zacznie szukać swoich dzieci i je nawoływać. Dodatkową przewagą dzików nad innymi zwierzętami żyjącymi w naszych lasach, zwiększającą ich możliwości przetrwania jako gatunku, jest to, że inna locha mająca potomstwo przygarnia i wychowuje ewentualną sierotę bądź sieroty po stracie ich matki, jeżeli spotka takie na swojej drodze.

Młode lisów, borsuków czy jenotów czują się najbezpieczniej, gdy siedzą w swoich norach, a jeszcze lepiej, gdy towarzyszy im matka. Już po kilku tygodniach od narodzin coraz częściej wychodzą na zewnątrz. Ich wielka ciekawość świata sprawia, że pod nieobecność rodziców oddalają się coraz bardziej od swojego schronienia. To właśnie najczęściej wtedy ludzie spotykają te małe sympatyczne futrzaki, zupełnie nie wiedząc, że odcinają im drogę ucieczki do nor. Na widok człowieka maluchy chowają się w trawach lub innych zaroślach, skulone trzęsą się często ze strachu, a ludzie, nie widząc ich matek ani domów, dochodzą do wniosku, że są to biedne sieroty, które należy schwytać, by zapewnić im przetrwanie. Nic bardziej mylnego. Rodzice tych zwierząt, zajęci zdobywaniem pokarmu, nie zawsze są w pobliżu, ale po udanym polowaniu wracają do miejsc, gdzie pozostawili młode, i bardzo sprawnie zwołują je na posiłek.