ziemia
dodano: 2016-07-26
Zagłada na antypodach

Fot. Indigo Images

Zagłada na antypodach

 

Kilkadziesiąt tysięcy lat temu człowiek doprowadził do wymarcia wielu gatunków australijskich zwierząt. Dowody na to są już bardzo mocne.

 

Wojciech Pastuszka

 

Gdy w XIX w. europejscy podróżnicy zaczęli coraz śmielej zapuszczać się w głąb Australii, świat dowiedział się o wielu żyjących tam dziwnych istotach. Kangury, koale, dziobaki i wiele innych australijskich zwierząt nie miało odpowiedników nigdzie indziej. Były to jednak tylko skromne pozostałości bogatego świata wyjątkowej fauny, który istniał na tym kontynencie kilkadziesiąt tysięcy lat wcześniej.

 

Miliony lat samotności

 

Australia była niegdyś częścią wielkiego kontynentu zwanego Gondwaną, który składał się jeszcze z Ameryki Południowej, Afryki, Indii i Antarktydy. Około 180 mln lat temu ląd ten zaczął się rozpadać, a jego części bardzo powoli, ale nieubłaganie oddalać się od siebie. Australia ostatecznie została sama jakieś 100 mln lat później, gdy oddzieliła się od niej Antarktyda.

Wskutek izolacji australijskie zwierzęta ewoluowały całkowicie niezależnie od swoich pobratymców z innych kontynentów. Najlepiej widać to na przykładzie ssaków. W Australii cały czas dominowały torbacze, ssaki niższe, a na innych lądach zostały one niemal całkowicie wyparte przez ssaki wyższe, czyli łożyskowce. Nieliczne gatunki torbaczy zachowały się jeszcze tylko w Ameryce. Australia jest też jedynym lądem, gdzie przetrwały stekowce, czyli rząd prymitywnych ssaków wyróżniający się jajorodnością. Ich najbardziej znanymi przedstawicielami są dziobaki i kolczatki.

Pierwsze łożyskowce zaczęły pojawiać się w Australii kilkanaście milionów lat temu, gdy zbliżyła się ona do wysp dzisiejszej Indonezji. Przez morze przedostało się trochę nietoperzy i gryzoni. Pierwszym dużym ssakiem łożyskowym, który przybył do Australii, był człowiek. Według najnowszych datowań stało się to co najmniej 55 tys. lat temu.

 

Dziwny jest ten świat

 

Ludzie, którzy wylądowali w Australii (nie mamy niestety pojęcia, w jakich okolicznościach tam trafili), znaleźli się w zupełnie nieznanym im świecie. Wstrząsem musiało być dla nich spotkanie przeogromnych jaszczurów Megalania prisca (Varanus priscus), które miewały nawet ponad 5 m długości i 500 kg wagi. Dla porównania warany z Komodo, czyli żyjące na niektórych wyspach Indonezji największe współczesne jaszczurki, mają do 3 m długości i ważą 80–90 kg. Około pół tony ważyły także nieloty Dromornis stirtoni, których zakończona masywnym dziobem głowa znajdowała się 3 m nad ziemią. Żyjące do dziś w Australii nieloty emu ważą marne 40–50 kg i są drugim największym współczesnym ptakiem po afrykańskich strusiach nieznacznie przekraczających 100 kg.

Dużych i niespotykanych na innych lądach zwierząt nie brakowało też oczywiście wśród ssaków. Do największych należały diprotodony, które do teraz dzierżą tytuł najroślejszych torbaczy stworzonych przez naturę. Miały one 2 m wysokości w kłębie i ważyły około 2,5 t, a więc były znacznie masywniejsze od europejskich turów.

Pierwsi Australijczycy spotkali też najpewniej gigantyczne kangury (Procoptodon goliah), które miały do 2 m wysokości i ważyły ponad 200 kg, a także potężne drapieżniki Thylacoleo carnifex o masie ponad 100 kg, które mniej formalnie zwie się lwami workowatymi, choć tak naprawdę były torbaczami, a nie przedstawicielami kotowatych.

Wszystkie te zwierzęta żyły jeszcze kilkadziesiąt tysięcy lat temu, ale gdy Australię zaczęli badać Europejczycy, to znajdowali już tylko ich kości. Coś spowodowało masowe wymieranie największych zwierząt, czyli tzw. megafauny. Skala tego zjawiska była ogromna. Zniknęło około 65% gatunków zwierząt ważących ponad 40 kg.

 

W poszukiwaniu przyczyn

 

Od samego początku oskarżenia padały głównie pod adresem ludzi oraz klimatu, ale wskazanie sprawcy nie było łatwe. Największym problemem była chronologia. Przez wiele dekad datowania kluczowych wydarzeń (przybycia człowieka, zniknięcia poszczególnych gatunków oraz okresów suszy i innych zmian klimatycznych) były bardzo nieprecyzyjne, co uniemożliwiało rozstrzygnięcie sprawy. Nie dało się bowiem nawet stwierdzić, czy wymieranie zaczęło się jeszcze przed przybyciem człowieka, czy też po nim.

Główną przyczyną problemów z uzyskaniem prawidłowych dat było to, że przydatność bardzo popularnego datowania radiowęglowego kończy się właśnie na próbkach mających około 50 tys. lat. Zawartość izotopu C-14 jest już w nich niezwykle mała. Dopiero w ostatnich latach opracowano metody pozwalające uzyskiwać w miarę rzetelne daty radiowęglowe z tak starych znalezisk. Obejmują one precyzyjniejsze pomiary, rygorystyczne dobieranie i oczyszczanie próbek, a także zaawansowane analizy statystyczne zgromadzonych wyników. Pojawiło się też wiele nowych metod datowania.

I właśnie z tych nowych możliwości skorzystał liczny zespół naukowców z Australii, Hiszpanii, Danii i USA, który stoi za badaniami zaprezentowanymi w końcu stycznia br. w magazynie „Nature Communications”. Naukowcy zebrali setki dat uzyskanych różnymi metodami, aby poznać najbardziej prawdopodobny czas przybycia ludzi i wymarcia 28 gatunków megafauny. Dostępne daty oceniali wg ich jakości i odrzucali te, które dawały małą gwarancję rzetelności. Wyniki tych pracochłonnych zabiegów wskazują, że człowiek i znaczna część wymarłej megafauny żyli razem w Australii przez co najmniej 13,5 tys. lat. Ludzie bowiem byli tam na pewno już 55,5 tys. lat temu, a być może nawet kilka tysięcy lat wcześniej. W tym samym czasie pojawiły się pierwsze oznaki wymierania, ale najwięcej badanych gatunków zniknęło około 42 tys. lat temu. Naukowcy zestawili także ze swoją chronologią dane dotyczące temperatur i opadów w tym okresie. Nie wykazały one korelacji między zmianami klimatu a wymieraniem wielkich zwierząt.

Ustalenia te mocno więc przemawiają za tym, że to pojawienie się Homo sapiens wywołało ogromne zaburzenie w ekosystemie i przez tysiące lat, wraz ze wzrostem liczby ludzi, znikały kolejne gatunki. Proces ten najpewniej nie przebiegał jednocześnie na całym kontynencie, gdyż ludzie w różnym czasie docierali do poszczególnych regionów. Artykuł w „Nature Communications” nie jest jednak jedyną publikacją prezentującą mocne poszlaki świadczące o winie ludzi. Już cztery lata temu ukazały się w „Science” bardzo ciekawe badania, w których głównym źródłem informacji o przeszłości Australii były... grzyby żyjące w odchodach.

 

Grzyby z odchodów

 

Jedną z zagadek, które naukowcy musieli rozwiązać, aby poznać prawdę o wydarzeniach, do jakich doszło w Australii, była duża zmiana w roślinności, która nastąpiła mniej więcej wraz z przybyciem ludzi i zniknięciem wielu zwierząt. Polegała ona na wielkiej ekspansji lasów eukaliptusowych, które zarosły rozległe trawiaste równiny. Niektórzy naukowcy uważali, że właśnie to zdarzenie doprowadziło do zagłady wielu roślinożernych zwierząt, gdyż straciły swoje środowisko. Inni podejrzewali proces odwrotny: że był to skutek zniknięcia tych zwierząt. Wcześniej ich apetyt hamował ekspansję lasów.

Kluczem do rozwiązania tej zagadki okazały się osady z ostatnich 130 tys. lat zgromadzone w bagnach Lynch’s Crater w północno-wschodniej części stanu Queensland. Zespół badaczy z sześciu australijskich uczelni i instytutów odtworzył na ich podstawie kolejność wydarzeń. Przede wszystkim dzięki osadom ustalono, jak zmieniała się liczebność wielkich roślinożerców. Zwierzęta te pozostawiały bowiem duże ilości odchodów, w których żyły wyspecjalizowane rodzaje grzybów. Ich zarodniki przetrwały w osadach aż do naszych czasów. Wraz z nimi naukowcy znajdowali również pyłki roślin, dzięki czemu mogli nie tylko odtworzyć zmiany w roślinności, ale też dokładnie skorelować je z dziejami wielkich zwierząt.

Więcej w miesięczniku „Wiedza i Życie" nr 08/2016 »
Drukuj »
Ten artykuł nie został jeszcze skomentowany.
Aktualne numery
02/2017
01/2017
Kalendarium
Marzec
25
W 1961 r. wystrzelono testowy statek kosmiczny Korabl-Sputnik 5 z psem Gwiazdeczką na pokładzie.
Warto przeczytać
Odkrycia Svante Pääbo zrewolucjonizowały antropologię i doprowadziły do naniesienia poprawek w naszym drzewie genealogicznym. Stały się fundamentem, na którym jeszcze przez długie lata budować będą inni badacze

WSPÓŁPRACUJEMY
Logowanie

Nazwa użytkownika

Hasło

dodano: 2016-07-26
Zagłada na antypodach

Fot. Indigo Images

Zagłada na antypodach

 

Kilkadziesiąt tysięcy lat temu człowiek doprowadził do wymarcia wielu gatunków australijskich zwierząt. Dowody na to są już bardzo mocne.

 

Wojciech Pastuszka

 

Gdy w XIX w. europejscy podróżnicy zaczęli coraz śmielej zapuszczać się w głąb Australii, świat dowiedział się o wielu żyjących tam dziwnych istotach. Kangury, koale, dziobaki i wiele innych australijskich zwierząt nie miało odpowiedników nigdzie indziej. Były to jednak tylko skromne pozostałości bogatego świata wyjątkowej fauny, który istniał na tym kontynencie kilkadziesiąt tysięcy lat wcześniej.

 

Miliony lat samotności

 

Australia była niegdyś częścią wielkiego kontynentu zwanego Gondwaną, który składał się jeszcze z Ameryki Południowej, Afryki, Indii i Antarktydy. Około 180 mln lat temu ląd ten zaczął się rozpadać, a jego części bardzo powoli, ale nieubłaganie oddalać się od siebie. Australia ostatecznie została sama jakieś 100 mln lat później, gdy oddzieliła się od niej Antarktyda.

Wskutek izolacji australijskie zwierzęta ewoluowały całkowicie niezależnie od swoich pobratymców z innych kontynentów. Najlepiej widać to na przykładzie ssaków. W Australii cały czas dominowały torbacze, ssaki niższe, a na innych lądach zostały one niemal całkowicie wyparte przez ssaki wyższe, czyli łożyskowce. Nieliczne gatunki torbaczy zachowały się jeszcze tylko w Ameryce. Australia jest też jedynym lądem, gdzie przetrwały stekowce, czyli rząd prymitywnych ssaków wyróżniający się jajorodnością. Ich najbardziej znanymi przedstawicielami są dziobaki i kolczatki.

Pierwsze łożyskowce zaczęły pojawiać się w Australii kilkanaście milionów lat temu, gdy zbliżyła się ona do wysp dzisiejszej Indonezji. Przez morze przedostało się trochę nietoperzy i gryzoni. Pierwszym dużym ssakiem łożyskowym, który przybył do Australii, był człowiek. Według najnowszych datowań stało się to co najmniej 55 tys. lat temu.

 

Dziwny jest ten świat

 

Ludzie, którzy wylądowali w Australii (nie mamy niestety pojęcia, w jakich okolicznościach tam trafili), znaleźli się w zupełnie nieznanym im świecie. Wstrząsem musiało być dla nich spotkanie przeogromnych jaszczurów Megalania prisca (Varanus priscus), które miewały nawet ponad 5 m długości i 500 kg wagi. Dla porównania warany z Komodo, czyli żyjące na niektórych wyspach Indonezji największe współczesne jaszczurki, mają do 3 m długości i ważą 80–90 kg. Około pół tony ważyły także nieloty Dromornis stirtoni, których zakończona masywnym dziobem głowa znajdowała się 3 m nad ziemią. Żyjące do dziś w Australii nieloty emu ważą marne 40–50 kg i są drugim największym współczesnym ptakiem po afrykańskich strusiach nieznacznie przekraczających 100 kg.

Dużych i niespotykanych na innych lądach zwierząt nie brakowało też oczywiście wśród ssaków. Do największych należały diprotodony, które do teraz dzierżą tytuł najroślejszych torbaczy stworzonych przez naturę. Miały one 2 m wysokości w kłębie i ważyły około 2,5 t, a więc były znacznie masywniejsze od europejskich turów.

Pierwsi Australijczycy spotkali też najpewniej gigantyczne kangury (Procoptodon goliah), które miały do 2 m wysokości i ważyły ponad 200 kg, a także potężne drapieżniki Thylacoleo carnifex o masie ponad 100 kg, które mniej formalnie zwie się lwami workowatymi, choć tak naprawdę były torbaczami, a nie przedstawicielami kotowatych.

Wszystkie te zwierzęta żyły jeszcze kilkadziesiąt tysięcy lat temu, ale gdy Australię zaczęli badać Europejczycy, to znajdowali już tylko ich kości. Coś spowodowało masowe wymieranie największych zwierząt, czyli tzw. megafauny. Skala tego zjawiska była ogromna. Zniknęło około 65% gatunków zwierząt ważących ponad 40 kg.

 

W poszukiwaniu przyczyn

 

Od samego początku oskarżenia padały głównie pod adresem ludzi oraz klimatu, ale wskazanie sprawcy nie było łatwe. Największym problemem była chronologia. Przez wiele dekad datowania kluczowych wydarzeń (przybycia człowieka, zniknięcia poszczególnych gatunków oraz okresów suszy i innych zmian klimatycznych) były bardzo nieprecyzyjne, co uniemożliwiało rozstrzygnięcie sprawy. Nie dało się bowiem nawet stwierdzić, czy wymieranie zaczęło się jeszcze przed przybyciem człowieka, czy też po nim.

Główną przyczyną problemów z uzyskaniem prawidłowych dat było to, że przydatność bardzo popularnego datowania radiowęglowego kończy się właśnie na próbkach mających około 50 tys. lat. Zawartość izotopu C-14 jest już w nich niezwykle mała. Dopiero w ostatnich latach opracowano metody pozwalające uzyskiwać w miarę rzetelne daty radiowęglowe z tak starych znalezisk. Obejmują one precyzyjniejsze pomiary, rygorystyczne dobieranie i oczyszczanie próbek, a także zaawansowane analizy statystyczne zgromadzonych wyników. Pojawiło się też wiele nowych metod datowania.

I właśnie z tych nowych możliwości skorzystał liczny zespół naukowców z Australii, Hiszpanii, Danii i USA, który stoi za badaniami zaprezentowanymi w końcu stycznia br. w magazynie „Nature Communications”. Naukowcy zebrali setki dat uzyskanych różnymi metodami, aby poznać najbardziej prawdopodobny czas przybycia ludzi i wymarcia 28 gatunków megafauny. Dostępne daty oceniali wg ich jakości i odrzucali te, które dawały małą gwarancję rzetelności. Wyniki tych pracochłonnych zabiegów wskazują, że człowiek i znaczna część wymarłej megafauny żyli razem w Australii przez co najmniej 13,5 tys. lat. Ludzie bowiem byli tam na pewno już 55,5 tys. lat temu, a być może nawet kilka tysięcy lat wcześniej. W tym samym czasie pojawiły się pierwsze oznaki wymierania, ale najwięcej badanych gatunków zniknęło około 42 tys. lat temu. Naukowcy zestawili także ze swoją chronologią dane dotyczące temperatur i opadów w tym okresie. Nie wykazały one korelacji między zmianami klimatu a wymieraniem wielkich zwierząt.

Ustalenia te mocno więc przemawiają za tym, że to pojawienie się Homo sapiens wywołało ogromne zaburzenie w ekosystemie i przez tysiące lat, wraz ze wzrostem liczby ludzi, znikały kolejne gatunki. Proces ten najpewniej nie przebiegał jednocześnie na całym kontynencie, gdyż ludzie w różnym czasie docierali do poszczególnych regionów. Artykuł w „Nature Communications” nie jest jednak jedyną publikacją prezentującą mocne poszlaki świadczące o winie ludzi. Już cztery lata temu ukazały się w „Science” bardzo ciekawe badania, w których głównym źródłem informacji o przeszłości Australii były... grzyby żyjące w odchodach.

 

Grzyby z odchodów

 

Jedną z zagadek, które naukowcy musieli rozwiązać, aby poznać prawdę o wydarzeniach, do jakich doszło w Australii, była duża zmiana w roślinności, która nastąpiła mniej więcej wraz z przybyciem ludzi i zniknięciem wielu zwierząt. Polegała ona na wielkiej ekspansji lasów eukaliptusowych, które zarosły rozległe trawiaste równiny. Niektórzy naukowcy uważali, że właśnie to zdarzenie doprowadziło do zagłady wielu roślinożernych zwierząt, gdyż straciły swoje środowisko. Inni podejrzewali proces odwrotny: że był to skutek zniknięcia tych zwierząt. Wcześniej ich apetyt hamował ekspansję lasów.

Kluczem do rozwiązania tej zagadki okazały się osady z ostatnich 130 tys. lat zgromadzone w bagnach Lynch’s Crater w północno-wschodniej części stanu Queensland. Zespół badaczy z sześciu australijskich uczelni i instytutów odtworzył na ich podstawie kolejność wydarzeń. Przede wszystkim dzięki osadom ustalono, jak zmieniała się liczebność wielkich roślinożerców. Zwierzęta te pozostawiały bowiem duże ilości odchodów, w których żyły wyspecjalizowane rodzaje grzybów. Ich zarodniki przetrwały w osadach aż do naszych czasów. Wraz z nimi naukowcy znajdowali również pyłki roślin, dzięki czemu mogli nie tylko odtworzyć zmiany w roślinności, ale też dokładnie skorelować je z dziejami wielkich zwierząt.